BST muzobar

Od grudnia 2017 roku, kiedy ogłoszono jedyny europejski koncert The Cure AD 2018, i do tego jubileuszowy, szykowałem się na święto. Tłumne (Hyde Park), ale jedyne takie. Rzut oka na gości utwierdził mnie we wspaniałości mojej decyzji, bo przecież na jednej scenie stanąć mieli i Goldfrapp (zawsze), i Editors, Interpol czy The Twilight Sad. I nic to, że pierwsi pasują do Cure jak pięść do oka, a ostatni towarzyszą im podczas ostatnich tras. W imponującym skądinąd zestawie znaleźli się jeszcze Ride, Slowdive i Lisa Hannigan. To miała być wielka uczta muzyczna tego lata.

BST muzobar
BST 2018

Z taką myślą leciałem do Londynu, choć było już po Meltdown i BST okazało się niejedynym w 2018 roku występem The Cure na żywo. Patronat Smitha nad imprezą ogłoszono w lutym, zespół zagrał tam rewelacyjny set, odbiegający od znanego z ostatnich tras. W efekcie apetyt na to, co mogło wydarzyć się podczas BST, mocno się zaostrzył, choć do końca nie dało się przewidzieć, czego można się było spodziewać.

Nie oczekiwałem zestawu rarytasów i nowości, w końcu BST to popularna impreza masowa; poza tym Smith i spółka musieli upchnąć przekrój przebojów z czterdziestu lat na scenie. Po cichu liczyłem na odegranie rzadko granych utworów z pierwszych lat, czyli głęboki ukłon w stronę starych, ortodoksyjnych fanów. Patrząc po twarzach tych, którzy przybyli do Londynu, na osoby 50 i 60+, spodziewać się należało przynajmniej kilku takich ukłonów. Były trzy. W sumie spore, ale na tle całości – ledwie dygnięcia, bo poza końcówką setlista nie różniła się od tej, do której Cure nas przyzwyczaili. W zestawieniu z „From There To Here | From Here To There” wyszło przeciętnie, a nie tak miało być. To oczywiście nadal wysoka forma zespołu (minusem pozostaje Gabrels), ale jak tu świętować, kiedy pomija się „Faith” czy „Pornography”?

BST muzobar
Slowdive

Pierwsze wyjścia: Pale Waves i Slowdive

BST to trzy sceny, pomiędzy którymi trudno się jednak szybko przemieszczać (odległości+tłum). Z tego powodu odpuściłem stojącą na przeciwległym końcu Barclaycard Stage, na której grała i Lisa Hannigan, i Ride, ale przede wszystkim The Twilight Sad. Pocieszenie takie, że wszystkich miałem już okazję widzieć na scenie. Najmniejsza, Summer Stage, postawiona tuż przy sklepie z gadżetami, przeznaczona była dla młodych początkujących (PG Lost, Kathryn Joseph i Kaelan Mikla). Dużą – Great Oak Stage – otwierali, też młodzi, Pale Waves. Pryszczaty wciąż pop-goth przeminął po niecałej pół godzinie, po nich na scenę wtoczyli się mocni jak zawsze weterani ze Slowdive. W niemiłosiernym upale można się było zacząć urządzać. W siedmionagraniowym secie prześliznęli się przez wszystkie płyty, z naciskiem na ostatnią, „Slowdive” (m.in. Slomo); z debiutu sprzed 27 lat (!) zaproponowali Catch the breeze. Miło z ich strony.

Editors, Goldfrapp i Interpol

Przerwa na wymianę składów i na wciąż skąpaną słońcem GOS weszli Editors. Skwar nie spowolnił żywiołowego jak zwykle Toma Smitha, który zwiedzał scenę od prawa do lewa, podkręcając tempo imprezy takimi hitami jak Blood czy The Racing Rats. W sumie uzbierało się 9 sztuk, wśród których były tak różne Munich i No Harm.

BST muzobar
Editors
BST muzobar
Goldfrapp
Interpol

Goldfrapp mieli być dla mnie gwiazdą wieczoru tożsamą The Cure. Reakcja wielu osób stojących akurat obok mnie pokazywała, że byłem w mniejszości. Do mniejszości zresztą odniosła się też sama Alison, pozdrawiając ze sceny uczestników parady Pride in London, która właśnie szła przez miasto. Muzycznie nastawili się na przebojowy disco dancing, wobec czego – poza promocją „Silver Eye” (Anymore, Ocean, Systemagic) były tylko fragmenty „Supernature” i „Black Cherry”. A, i śpiewanie Oh La La La mogliby już nam darować. Przerwa, Interpol. Ciągle w parzącym słońcu. Najdłuższy set, ponad godzinny, który złożyli tak, że lepiej w tak krótkim czasie się chyba nie dało. Sięgnęli głównie do „Antics” (m.in. Evil, Not Even Jail) i „Turn On The Bright Lights” (genialne The New czy Roland), doskonale wprowadzając zgęstniały tłum w ostatnie wydarzenie dnia. I było coś nieznanego, czyli zapowiadający nowy album The Rover.

Boys Don’t Cry

O secie The Cure można napisać dużo, albo po prostu to, co zwykle. W brytyjskiej prasie zachwyty nad muzyczną listą marzeń, które kolidują jednak z moją percepcją całości. Bo nawet, jeśli sztandary The Cure wciąż brzmią fantastycznie i zawsze chciałoby się na żywo słyszeć Play For Today, A Forest, cokolwiek z „Disintegration”, „The Head On The Door” czy „KM KM KM”, to prawdziwa magia zaczęła się dziać, kiedy Smith przypomniał, że 40 lat temu zaczynali jako The Cure, i zagrali wtedy… No właśnie: Boys Don’t Cry, ale przede wszystkim dostaliśmy Jumping Someone Else’s Train, Grinding Halt i 10.15 Saturday Night. Na koniec, zwyczajowo, Killing An Arab, ale to dla wspomnianej trójki (trzeba) warto było być tego wieczoru w londyńskim Hyde Parku.

BST muzobar
The Cure, BST 2018

Zaczęli około 20.30, zamykając jubileuszowe show ok. 22.30. I choć dla mnie niebezpiecznie otarli się o spektakularne oszustwo muzyczne 2019 roku, to BST 2018 nie żałuję. Choć bardziej jako całości, a nie pojedynczego wydarzenia związanego z jubileuszem czterdziestolecia The Cure na scenie muzycznej. Tak było zapowiadane.