W kraju, w którym punk rock walczył z opresyjnym systemem cztery dekady temu, wraca on dziś prawie do punktu wyjścia, i to w swej najbardziej dosadnej, surowej postaci. Naturalnie, dzisiejszy Dezerter jest bardziej sterylny w formie muzycznej, jednak teksty Grabowskiego biją po sumieniu narodu chyba najmocniej od dekad.

„Kłamstwo to nowa prawda” to muzyczny Hitchcock. Zaczyna się od mocnego podsumowania, demaskującego nasz narodowy stan, po czym grupa punktuje i bezpośrednio, kogo trzeba, rozlicza (Punkt bez powrotu, a przede wszystkim najlepszy na płycie Wszystkie lęki świata). Rozlicza system – politykę, kościół, ale i tę część społeczeństwa, której stawiane ramy „nowego porządku” nie uwierają, i która rozliczać chce tylko jego przeciwników,  („Mówisz że płyniesz pod prąd, a ty taplasz się tylko w kałuży”). Zespół na chwile tylko wpada w łagodniejszą poetykę, by dać słuchaczowi czas na refleksję, przełknięcie pierwszych gorzkich piguł o codzienności (Zegar zagłady). Nie hamuje jednak, bo rozpędzona niezgoda dodaje tylko paliwa. Jak wielu oportunistów zagryzie tylko język na wskazanie tak ważnego miejsca rodzenia się zła (Dzień dobry, dzień zły)? Miejsca, w którym zostaje „dziecięcy płacz złożony na ołtarzu łez”. Bo to do nich krzyczą, i to dla ich oczu i uszu jest ta płyta.

Nowy Dezerter to bardzo mocne i głośne rozliczenie z grzechami nie tylko 2020 roku, choć to jego nastroje podsumowuje idealnie (Izolacja). To tylko 9 utworów, nawet nie pół godziny muzyki, lecz celnie i boleśnie diagnozującej ze wściekłością wszystko to, co zgotowali „mistrzowie głupoty u steru”. Płyta o potrzebie równości, przeciw antagonizmom podsycanym przez rządzących („A jeśli teraz powiedzą: Nie masz tych samych praw, uruchomią aparat państwa i pięści skierują w twarz” Czy staniesz w obronie godności?”), których efekt widać zresztą u części komentujących ten krążek. Bo ci pewnie potakują, gdy „powiedzą że jesteś zagrożeniem, niegodnym, by być częścią wspólnoty”. Tej wspólnoty.

Najlepsze moim zdaniem jest to, że Robert Matera, Jacek Chrzanowski i Krzysztof Grabowski, jeśli do czegoś nawołują (Idziemy po was), robią to z perspektywy walczących muzyką i słowem artystów, będących częścią tego samego społeczeństwa. Świetnie podkreślony i podkręcony w kilku utworach bas, wtrącane mimochodem „melodie” uchylają, być może, przed niektórymi utworami drzwi do radia, a przynajmniej dają sposobność na szerszy zasięg. No, może poza Brunatnym, ale to tylko jeszcze jedna niezauważana często oś naszego narodowego zła. Znakomity album. [9/10]