Zaczyna się recytacją The Spinning Song, która przywodzi na myśl krążki „The Secret Life Of The Love Song” czy „And The Ass Saw The Angel”. Tu jednak jest zapowiedzią hiperintymnej podróży przez historię, nieoderwaną jednak od teraźniejszości. 22 wyselekcjonowane utwory, w tym jeden premierowy, składają się na portret samotnego artysty; chciałoby się dodać: w czasach lockdownu. Zresztą, sam artysta wspomina o modlitwie w pustce (nickcave.com) i o wizualno-muzycznym domknięciu trylogii.

Jest na tym albumie, zagranym z towarzyszeniem jedynie fortepianu, wiele momentów, które zmuszają, by przysiąść nad nim w otoczeniu sprzyjającym właściwej interpretacji. Jednocześnie, od czasu do czasu pojawia się wewnętrzna sprzeczność, niemal każąca ocenić efekt końcowy w zestawieniu z pierwotnymi formami. Przyjęta tu mocno ascetyczna forma, za każdym razem przypomina bowiem szukanie równowagi pomiędzy tym, co szeroko otwarte, a co w aranżacjach zamknięte. Takie wątpliwości przychodzą właściwie od razu, przy Idiot Prayer, którego wersję albumową jednak wybieram. Brakuje mi tu zawodzących skrzypiec Warrena Ellisa, i nie raz podskórnie będzie czuło się brak także innych instrumentów Bad Seeds. Doceniam w pełni intencję, wzrusza mnie okoliczność, rozumiem w większości wybór – to, że Cave sięgnął pięć razy po repertuar z „Boatman’s Call”, który nadaje się niemal do każdej akustycznej reinterpretacji. Właśnie, nie każdej, bo słabiej wypada Far From Me, którego knajpiana aranżacja z płyty gdzieś ulotniła się pod dachem Alexandra Palace, czy bezbarwne w odsłonie Black Hair.

Są podczas tego występu momenty niezwykłe, niemieszczące się w wymiarach prostego oceniania poszczególnych wykonań. Nick Cave poraża genialnym wykonaniem Stranger Than Kindness i Papa Won’t Leave You, Henry – oba w nowych aranżacjach wypadły wprost cudownie. Zachwyca premierowa Euthanasia, stanowiąc nerwowy komentarz do miejsca, w jakim się dziś cywilizacyjnie znaleźliśmy – zbiorowo, i jako jednostki. Pięknie, jak zawsze, brzmi Girl in Amber, broni się świetne Nobody’s Baby Now, naturalnie wypada(Are You) The One… Jest jeszcze kolejna akustyczna wersja The Mercy Seat, ale i Jubilee Street w którym zgubiło się gdzieś przyspieszające oryginalnie szaleństwo (wersje koncertowe są tu prawdziwym mistrzostwem). Cieszy ucho sięgnięcie po Sad Waters, umiejętnie zepchnięte do akustyki Palaces of Montezuma z czasów Grinderman (Man in the Moon nie brzmi już tak przekonująco), a także bardzo, bardzo mocne Higgs Boson Blues.

Nick Cave jest dla mnie artystą kompletnym, i to w każdym wcieleniu. W pustym londyńskim Alexandra Palace zmierzył się miejscami ze zbyt wieloma przytłaczającymi demonami – osobistymi i wynikłymi z czasów przymusowego odosobnienia. Ale choć przy takim obciążeniu dobrze mieć czasem nawet drobne wsparcie, Cave, z mocą nadczłowieka zamyka kolejne rozdziały i zwalcza złość. I robi to w pojedynkę. [7,5/10]