OFF się zmienia. I nie chodzi tu tylko o line up, którym organizatorzy gonią czasy (więcej rapu/hip-hopu i setów DJ-skich), ale i same względy organizacyjne. Szczęśliwie muzyka broni się sama, a ta wyselekcjonowana na OFF-a – szczególnie.

Pierwsze zetknięcie z grubo ponad godzinną kolejką po odbiór opaski skutkowało tym, że obeszliśmy się smakiem za Perfect Son i The Body. Pierwszy poważny zgrzyt, tym bardziej, że kolejka dotyczyła biletów zakupionych w oficjalnym sklepie OFF-a. Następnym razem kupię u pośredników, bo dziwnym trafem to się – czasowo – opłaca. Tak Naprawdę OFF Festival zaczął się więc od koncertu Pablopavo i Ludzików z Naprawdę Dużym Zespołem na Głównej. Nie licząc – 11 muzyków to całkiem dużo, ale owo „naprawdę” zrobiło coś innego. Bo było wprawdzie, jak zawsze, trochę radosnej konferansjerki i aktualnego komentarza (Szanujemy wszystkie pary i „wszystkim frajerom, nawet jeśli są biskupami, chciałbym to powiedzieć”), ale już żadnych zasłużonych hitów. Bo Paweł Sołtys z Zespołem postawił na Tylko Świeże Piosenki („Wakacje”, „Buena Vida” i „Wszystkie nerwowe piosenki” – takie tytuły odnotowałem). Bo tym zaskakującym sposobem ustawił i zestawił (zostawił) w głowach obecnych przed sceną główną nowe słowa i rytmy. Bo niewielu (ktoś, coś?) tak dzisiaj potrafi.

Pablopavo z NDZ

Namiot eksperymentalny przyciągnął niemałą grupę wyznawców Lebanon Hanover. Miałem już sposobność widzieć ich na żywo, więc postawiłem tylko na sprawdzenie formy duetu, który konsekwentnie trzyma się sprawdzonej formuły: w czerni i na poważnie. Po trzech utworach (w tym „No One Hold Hands”) wyrwałem na The Comet Is Coming, bo to jedno z najważniejszych wydarzeń OFFa AD 2019. Kosmiczne trio na saksofon (Shabaka Hutchings), perkusję (Maxwell Hallett) i klawisze (Dan Leavers) hipnotyzowało już naprawdę spory tłum na Leśnej, czemu trudno się było nie poddać. Pozwoliłem sobie na wychodzenie z tego osobliwego transu tylko na oklaskiwanie. „Summon The Fire”, „Unity”, „Birth Of Creation” – to między innymi z ostatniego krążka. Dla tych, którzy mogą się zastanawiać, czy żałować.

Noc Komety

Trójkowo-Tauronowa scena nie miała w tym roku (według mnie) szczęścia do wykonań i dobrej atmosfery. Pierwszego dnia The Comet wyssali z niej całą energię, a rozgrzewająca się dość długo Aldous Harding została symbolem takiego wyczerpania. Słaba introdukcja („The World Is Looking For You”, „I’m So Sorry”) zniechęcająco i definitywnie ostudziła oczekiwanie. Miało być ładnie, ale może nie w takich okolicznościach, proporcjach, i nie o takiej godzinie. Zaskakująco sprawdził się za to Durand Jones i jego The Indications, którzy wsiedli do soul train lat 60. i zabrali rozbawioną publikę ze sobą. Koncert był wyczekiwaną dawką sporej przyjemności w klimacie bliskim muzyce Prince’a czy Smokey Robinsona, a cover The Beatles („Don’t Let Me Down”) odśpiewała chyba większość obecnych. Nieoczekiwanie miły akcent.

Black Midi w purpurze

OM poświęciłem w całości, bo świadomie przyjechałem na OFF głównie dla nich. I to Black Midi weszli na scenę, zdemolowali nasze uszy, a na koniec kazali nam samym pozamiatać wszystkie szczęki z desek, fundując przygniatającą dawkę gatunkowej fuzji, której nie powstydziliby się najwięksi muzyczni mocarze. Tymczasem BM to przecież młodziaki, o których jest już wprawdzie głośno, ale to oni sami, bezczelnie i z premedytacją, pokazują, jak w muzyce głośnością dyrygować. Ich koncert wciągnąłem do ostatniego dźwięku, ciesząc się jak dzieciak na takie numery jak „Of Schlagenheim” czy „bmbmbm”. Bezsprzecznie – koncert festiwalu. Na głównej scenie rozpocząć się miał koncert projektu JARV IS, czyli jeszcze jednego pozytywnego zaskoczenia drugiego dnia, które zepchnęło pokoncertowe przemyślenia na dalszy plan. Początkowo ostrożne podejście do solowego projektu wokalisty Pulp szybko ustąpiło, bo choć ten nowy skład nie został jeszcze uformowany, dla podniesienia temperatury Cocker nie musiał nawet sięgać po arsenał Pulpowy. Temperament Cockera wystarczył, a w połączeniu z jego bezpośrednim kontaktem z publiką i zaangażowanymi przemowami nt. globalnych problemów, dał mieszankę wybuchową. I nawet jeśli nie wszystkim ta forma przypadła do gustu, mnie przekonał. Na offowy set złożyły się utwory jego nowego projektu („Children Of The Echoes”), solowych albumów („Cunts Are Still Running The World”) i jeden Pulpet („His’n’Hers”, o którym powiedział, że rozpoznają go tylko najbardziej zatwardziali fani). Choć nocny DJ-ing nie był i nie jest moją festiwalową bajką (oszczędzanie sił stawiam ponad wszystko), skusiłem się na The Glaslamp Killer. Krótko, tak dla własnego zdrowia.

Jarv Is On The Scene

Offa odsłona druga

Drugi dzień zaczął się od składu Polmuz. Fetler, Wójciński, Zapała i Igiela dali w namiocie bardzo oniryczny, jazz-folkowy koncert, żywo przyjęty przez liczną już publiczność. Ale kto by nie chciał uczestniczyć w awangardzie na tak wysokim poziomie? Kolejnym doświadczeniem było spotkanie z delikatnymi dziewczynami z Tęskno („Galop”, „Bzdury”), których końcówkę występu podzieliłem z wulgaryzmami Jan-rapowanie (jak to się kurde odmienia?). Różnorodność, a może raczej dobrze skrojona skrajność OFFa to wciąż rzadka dziś zaleta. Nie do przecenienia.

Dłuższy przystanek na Eksperymentalnej, choć wbicie się pod namiot na Boogarins do najłatwiejszych nie należało. A warto było, bo był to jeden z ciekawszych i zaskakująco dobrych występów tegorocznej edycji. Brazylijczycy zafundowali nam klasyczny psycho-rock, ale jak zagrany! I co z tego, że nie wiadomo o czym śpiewają, wokalista jest zmiękczoną wersją Kravitza, a po angielsku odzywa się tylko gitarzysta. Instrumentaliści z nich przedni i Offowa publiczność to doceniła.

Boogarins

Po Brazylijczykach przeskok do kraju, na klasyczny album Dezertera „Underground Out Of Poland”. Po „best of” na lubelskich Innych Brzmieniach, tym razem załapałem się na set z całej płyty, czyli kontynuowany na OFF-ie pomysł, który moim zdaniem zawsze się sprawdza. Nasi klasycy (he he) pokazali, że można się starzeć bez muzycznych i lirycznych zmarszczek, i ciągle jechać na wysoce energetycznym paliwie.

Parafrazując z klasyki: wyszedłem na chwilę (choć nie za mąż) – zaraz wracam. A wróciłem szybciej, niż zakładałem, bo choć w połowie festiwalu chciałem dać kolejną szansę Trójkowo-Tauronowej scenie, ta wciąż nie dawała szans sama sobie. Tym razem padło na Juana Wautersa, w przypadku którego (z płyt) szykowała się zabawa, a (z koncertu) wyszedł słaby szoł na wietrze półnago wiejącej nudy. Następny przystanek: Jakuzi, czyli wschodni Lebanon w sosie Johna Mausa. Tu, dla odmiany, było i śmiesznie, i tanecznie. To ciekawe, że po czterdziestu latach synth pop dotarł i do Turcji, tylko dlaczego od razu w tak przeciętnym wykonaniu? Wokalista duetu, Kutay Soyocak – nie było pewne: kokietował, pastiszował, czy naturalnie, odziany w melancholię, przeżywał? Według mnie jednak koncert to doskonały przykład na emocjonalny, tytusowy „bezruchdans”, ale może tylko nie wpadłem w synth darkową ekstazę? Dzięki temu na chwilę mogłem stawić się na Bamba Pana & Makavelim, którzy zresztą pojawili się też następnego dnia, uzupełniając lukę po odwołanym koncercie Octaviana. A sam skład bez większych zachwytów, a jedynie z rytmicznymi fajerwerkami. Po części do tańca, rytualnych modłów i plemiennego transu.

Soccer Mommy

Kolej na Soccer Mommy, czyli pop-rockowy zespół Sophie Allison, który wprawdzie nie porwał dynamiką, ale (do czasu) przyjemnie przygrywał („Try”, „Your Dog”). Powiało w Katowicach amerykańskim rockiem z Nashville i (przepraszam za porównanie) damskim Springsteenem. Nie można im odmówić uroku, podobnie jak (znowu do czasu) składowi Superogranism. Tu jednak trzeba się było spodziewać i kolorowych, i rozrywkowych dźwięków, tak też było. Młodzi podopieczni Domino Records zabawiali publiczność przed Główną jak mogli, ale całość wyraźnie rozwalała tragiczna konferansjerka młodziutkiej wokalistki Orono Noguchi, która rzucała soczystymi, weselnymi przytykami podpitego wujka: natrętnie powtarzalnymi, czasem ordynarnymi, kierowanymi głównie w stronę wyczekiwanego przez tłum koncertu Foals. Ani to dowcipne, ani sarkastyczne; mogło co najwyżej rozśmieszyć podpitych hipstersów. Zepsute wrażenie zatarły nieco „przeboje” (sic!), czyli „Everybody Wants To Be Famous” i „Something For Your M.I.N.D.”, przy których ożywiła się nawet niemrawa dotąd publika. Ale to i tak dopiero na koniec.

Superorganism

Kolejna przebieżka. Najpierw Kapela Maliszów, grająca bardzo ładnie, klasycznie folkowo, na przemian subtelnie i z podkręconym tempem. Trochę szkoda, że powtarzalność pewnych chwytów stylistycznych ograniczyła nieco percepcję, bo chciałoby się tu większej zmienności. Mimo tego przyjemnie było przystanąć i wciągnąć nieco ludowej muzyki.

Kapela Maliszów

Innego rodzaju przyjemności (sic!) przygotowali Electric Wizard, choć odniosłem wrażenie, że  brytyjski kwartet najcięższych armat nie wystrzelił. A może to tylko Scena Leśna nie w pełni uniosła ich ciężar? Kilka mocnych uderzeń, takich jak „Incense For The Damned”, wstrząsnęło jednak OFFem należycie.

Mając z tyłu głowy zachwyty niektórych dziennikarzy radiowych na wieść o pierwszym przyjeździe Foals do Polski (Open’er 2011), stanąłem dzielnie naprzeciw wyzwaniu. Bo przecież, oprócz tego, że przewidywalnie, mogło być i przebojowo (czytaj: festiwalowo), i na poziomie. Tymczasem statyczni do bólu Foals płytko przechodzili od numeru do numeru, czym oczywiście zaspokajali rozentuzjazmowany i niewybredny tłum. W mojej ocenie nie pasowali do OFFa, a nogą kiwnąłem chyba tylko przy „Exits” i lekko, palcem, przy „Inhaler”. Dzień później na Suede będzie zupełnie odwrotnie (choć przewidywalnie): dynamicznie, zmiennie, z gwiazdorską manierą Andersona, za to przy miernym rezonansie publiczności. Na koniec drugiego dnia została chwila z Dr Rubinstein. Niedługa, niekrótka, lecz w sam raz.

Ale za to niedziela…

Niedziela miała być, przynajmniej z założenia, najbardziej atrakcyjnym muzycznie dniem. Na otwarcie Tuzza, czyli hip-hopowy akcent dla dość licznie kołyszących się o wczesnej porze fanów, dla których duet pozwolił sobie nawet na lekkie przeciągnięcie setu. Po nich kolektyw P.Unity, który skutecznie rozbujał publikę na Leśnej. Muzycznie bardzo sprawnie zaaranżowane to dźwięki, z bardzo dobrze kompilujących się inspiracji funk-soul-rapowych. No i zagrane koncertowo. Na głównej scenie Babu Król bez Smutnych Piosenek, czego żałowałem, bo chciałem załapać się na „nową falą polskiego dansingu”. Tymczasem – „Turde Poloń”, jako rzekał Budyń, który z Bajzlem zmuszony został do odegrania zestawu własnego, bo poznański skład został zdyskwalifikowany za brak planu dojazdu przed peletonem. Pora na Wczasy i kolejną konferansjerkę – tu wciąż w dancingowo-barowej atmosferze, przy szczelnie upchniętym namiocie Trójko-Taurona. Przy Wczasach tylko na chwilę udało się odczarowanie tej sceny, bo choć było wesoło i gorzko zarazem (zagrane i odśpiewane „Smutne disco” czy „Jesteś najlepszy”), i choć muzycy zachęcali nas do przypadkowego całowania, to disco-klimat lat 80. zaskakująco szybko się wyczerpał.

Król (chwilowo) nagi, ale w duecie
…i na Wczasach

Po Wczasach przyszły trzy shoty. Najpierw otwarcie z psycho-rockową Trupą Trupa, na której występ czekało wielu (niedługo kolejny album). Powiało Zachodem, bo to przecież jeden z naszych ostatnich towarów eksportowych, choć to oczywiście nie przyczyna. TT grają rzetelnie, poruszając się wprawdzie po rejonach dobrze już znanych, jednak robiąc to nadzwyczaj inteligentnie. Przystanek przy dziewczynie z gitarą, czyli Moriah Woods na scenie z glanami (duża przyjemność ze słuchania solidnego, surowo-gitarowego amerykańskiego grania), a na koniec Hania Rani z zespołem, przyjemnie łechcąca klawiszami i delikatną barwą głosu, „wzmocniona” kontrabasem i snującą się po namiocie perkusją. W sam raz na odpoczynek, w szczelnie ściśniętym eksperymentalnym (znowu!).

Na głównej scenie pojawił się „Śląsk”, z którym wszystko byłoby nawet ok, bo przecież na innych festach też pojawiają się orkiestry i balety – wystarczy spojrzeć np. na line up słowackiej Pohody, a jednak… Za dużo góralszczyzny, za mało (dużo za mało) folku. Przaśna ludowość w dużej dawce, zbyt dużej nawet jak na wielobarwny Off.

Ponieważ Octavian zmuszony był odwołać występ, w jego miejsce organizatorzy postawili na drugi set Bamba Pana & Makaveliego. Ja po niedługiej chwili postawiłem jednak na Tirzah, co wyborem było więcej niż dobrym. Tirzah Mastin, na wokalu, sama w sobie bardzo przekonująca, z resztą zespołu serwuje hipnotyczną dawkę niesztampowego popu i r’n’b w jednym (a może nawet niemodnego już trip-hopu?). I nawet jeśli muzycznie nie zawsze i nie wszystko zdawało się spinać („złudzenie apteczne”?), jej występ pozostaje do dziś bardzo ciepłym wspomnieniem, szczególnie za “Do You Know” i “Holding On”.

Bez większego spięcia czekałem na Stereolab, część koncertu których wysłuchałem zza krat sącząc kawę i do serca biorąc sobie chill outowy styl oraz oniryczny, pozornie zblazowany wokal Lætitii Sadier. Taki styl, niezmiennie; i niezmiennie na wysokim poziomie, nawet jeśli bez porywczych dźwięków czy większych zaskoczeń. Trochę szkoda, bo w przypadku setu festiwalowego nastawiłem się chyba na więcej przebojowości z czasów „Sound-Dust”, otrzymując w zamian – zawsze cenione – fragmenty płyt drugiej połowy lat 90. (m.in. „Percolator”, „Rainbo Conversation” czy „Anamorphose”).

Neneh Cherry

Przyszedł czas na Neneh Cherry, którą od początków jej kariery i lubię, i cenię, bez względu na muzyczną drogę, jaką w danej dekadzie popkultury kroczyła. A że jej ostatnia płyta „Broken Politics” to prawdziwe cudeńko – tym więcej szykowało się do zasłuchania. I było. Neneh towarzyszył świetny, w większości młody skład, który instrumentalnie (harfa, wibrafon!) ożywiał i odświeżał nawet te największe przeboje. Szkoda tylko, że w niektórych miejscach wokal Camerona McVeya stawał się tym pierwszym, a nie wspomagającym (np. w przebojowym „Seven Seconds”, którego McVey jest zresztą współkompozytorem). Dominował repertuar z „Broken Politics” (m.in. „Shot Gun Shack”, „Kong”), choć było i „Manchild” (pierwsze), i „Woman”, i unowocześnione (na koniec) „Buffalo Stance”. Dla mnie uczta, tak syta, że kompletnie zapomniałem o Daughters, i teraz czuję, że jednak czegoś mi brak. Niepisane reguły festiwali, choć znajomi sprawozdawali, że w namiocie i tłoczno, i ciężko.

Podobnie ciężko musieli mieć fani Suede, którzy pilnowali barierek już przed godz. 18. Pomijając upał, zastanawiające jest, jak wytrzymali tam np. Śląsk? Ja na pierwszy polski koncert Suede ostrzyłem sobie zęby, bo ostatni raz widziałem ich w 2014 roku, a od tamtego czasu nagrali dwa fantastyczne krążki. Było tylko dwa razy The Blue Hour: na otwarcie „As One” i na zamknięcie „Life Is Golden”. Cały koncert przebiegał pod dyktando teatralnych gestów Andersona, bez większych zaskoczeń – choć dostaliśmy m.in. rzadziej odgrywany „The Asphalt World”. Pół setlisty zespół oparł na dwóch pierwszych albumach – „Dog Man Star” i „Suede”. Mnie cieszyło. I mogło jeszcze dłużej potrwać Tegoroczny OFF zamknął się dla mnie krótkim setem didżejskim Honey Dijon.

Suede-liner

Post Scriptum

Off Festival się zmienia, choć to wciąż najbardziej eklektyczny i jedyny potrafiący tak zaskoczyć festiwal w kraju. Nawet jeśli nie jest już taki bliski uczestnikom, jak w swych początkach, wciąż świeci najjaśniej na mapie naszych letnich wydarzeń muzycznych. Jednym, być może nadto subiektywnie odbieranych przejawów jego zmian jest niewidzialność zaprzyjaźnionych radiowców, czy samego Artura Rojka, którym onegdaj zdarzało się wejść na scenę i rzucić kilka zdań wprowadzenia, zainicjować kontakt z publiką. Osobną kwestią pozostaje, jak taka festiwalowa konferansjerka powinna wyglądać, jednak to ta offowa zawsze dawała namiastkę niespotykanej gdzie indziej familiarności. Mam też wrażenie, że towarzyszące muzyce wydarzenia w Literackiej nie dźwigają założonego ciężaru. Osobną sprawą jest, że wiele kulturowych debat, szczególnie muzycznych, prowadzi bardzo często do nikąd (choć dyskutować ma kto).

Oczywiście OFF to wciąż pole poznawcze dla nowej i kultowej, nienazwanej i niezależnej, niemodnej i niepowtarzalnej nie(…)muzyki. I w jakimś sensie tego dziś brakuje, a Scena Trójki zdaje się tylko potwierdzać. Obrazu dopełniają zaludnione festiwalowe knajpki, pokazujące, że na Off-ie raczej spędza się dziś czas, zaś muzyka staje się jego uzupełnieniem. A mam wrażenie, że jeszcze całkiem niedawno działo się to wszystko w wymiarze równoległym.