pet shop boys hotspot

Na taką płytę PSB czekałem. Płytę, która skrzyć się będzie potencjalnymi przebojami (nawet, jeśli nie na miarę czasów), będzie melodyjna, ale na wskroś elektroniczna, i to w starym dobrym disco-stylu. I chyba właśnie po to Tennant i Lowe osiedli w berlińskim Hansa Studio1 – by zarejestrować tam najlepszą rzecz, jaka im się przytrafiła od dwóch dekad.

Już otwierający „Hotspot” Will-o-the-wisp zwiastuje kontynuację obranego kursu na perfekcyjny mariaż nowego ze starym, a wstęp do drugiego, You are the one, z miejsca plasuje nagranie w rzędzie najlepszych ballad duetu. Ba! Także singlowy Happy people, z charakterystyczną dla pierwszych krążków grupy melodeklamacją Tennanta, daje się porwać do nieprzymuszonej zabawy. Podobnie Dreamland, nagrany z towarzyszeniem Years&Years. To zaskakujące, jak długo album ten trzyma wysoki poziom. Poprzez roztańczone I Don’t Wanna, którego tempo Tennant i Lowe oparli na prostej, otwartej i do tańca, i remiksowania strukturze, poprzez absolutnie fantastyczne ballady – Only The Dark i Burning the Heather. Słowem: Pet Shop Boys dają słuchaczom to, za co ci wiernie kochają ich niezachwiany styl, ale i kierunek muzycznego rozwoju. Na tym polega ich geniusz. I tylko finał płyty, czyli marsz weselny, jakąkolwiek formę mógłby przyjąć, obniża swą trywialnością (nawet, gdy zamierzoną) ocenę całości. Do końca jednak słuchać nie trzeba.

Nagranie po 34 latach na scenie takiego albumu jak „Hotspot” potwierdza, że nawet dziś w elektro-disco-popie PSB nie mają sobie równych, a przynajmniej, że nikt tak równo nie obdziela nas tak smakowitymi krążkami. Za produkcję albumu (podobnie jak dwóch poprzednich) odpowiada Stuart Price, który współpracował już z duetem m.in. przy krążku Pandemonium, a znany jest też ze współpracy z Madonną, Sealem, New Order czy Kylie Minogue. I te trzy ostatnie – od zaskakującego nieco post-elektrycznego Electric, poprzez jeszcze lepszy Super, na najlepszym Hotspot skończywszy – składają się w trylogię, jakiej dotąd w dorobku PSB brakowało. Spójnej koncepcyjnie, z wyraźnym odniesieniem do klasycznych albumów trans elektro (pobrzmiewają gdzieś syntezatory Kraftwerka), nagrań epoki późnego disco lat 70. i początku 80 i klasycznego disco-funku (jak w Monkey Business), zawsze jednak z zachowaniem melodyjności największych przebojów samego duetu. „Hotspot” pokazuje, jak będąc przodem do przeszłości, można jednocześnie twardo stać w muzyce tu i teraz, i z uśmiechem tryumfu ciągle iść do przodu. Rzadkość. [9/10]