Rock for people, manic street preachers 2019

Niecodziennie jedzie się na festiwal zaplanowany wyłącznie pod kątem jednego zespołu – po raz pierwszy nie sięgnąłem po żadnego z nieznanych wykonawców, którzy mieli wystąpić na festiwalu przed daniem głównym, czyli Manic Street Preachers. Może to jest właśnie sposób na znacznie lepsze zaznajamianie się z muzyką wykonawców, którzy w 90% sytuują się gdzieś na obrzeżach preferencji muzycznych? Wrażenie schodzi jednak na dalszy plan na miejscu, gdzie i tak – zgodnie z festiwalową logiką – trzeba jakoś dzielić czas pomiędzy nakładające się koncerty. W przypadku tegorocznego Rock For People tylko 3 koncerty udało mi się zobaczyć od początku do końca, a resztę w różnych proporcjach, zależnie od rozczarowującego początku któregoś z nich. Na szczęście też odległości na obszarze RFP nie wymagają podróży w czasie, choć trzeba było uważać na mylące nazwy scen. Bo scena Evropa2, której patronem było radio będące odpowiednikiem naszego RMF-u, okazała się najbardziej rockowa ze wszystkich, a na YouTube Music Scene grali nie tamtejsi gwiazdorzy lub też zespoły z dziesiątkami milionów odsłon, lecz solidne, uznane już czeskie i zagraniczne kapele.

Początek trzeciego dnia na RFP to grający melodyjny pop rock, młody brytyjski kwartet Yonaka. Na koncie mają jedną pełnowymiarową płytę i siłą rzeczy z niej złożyli set. Okazali się jednymi z bardzo wielu dziś zespołów z energią i charyzmą (Ignorance, Lose Our Heads), ale raczej dla nastolatków.Bez wahania zamienieni zostali na Life, którzy z miejsca stali się faworytem dnia. Taki hałas i dynamikę lubię – Life to prawdziwie wybuchowa punk-rockowa inkarnacja najlepszych brytyjskich wzorców lat 70. i początku 80. Wokalista (Mez) częściej bywał chyba w tłumie, niż na scenie; brawurowa basistka (Lydia) do spółki z gitarzystą (Mick) hasali po scenie aż miło, wspomagając przy tym wokal. I tylko Stew na perkusji mógł co najwyżej wstać, by z większym impetem uderzyć w bębny. Energia od Life skutecznie zasiliła czas do koncertu wieczoru. OFF-course, mam nadzieję, że jak najszybciej ich ktoś sprowadzi do Polski. A, i był „bis”, tak się publika (dosłownie) rozkręciła.

Rock for people, Life 2019

Krótki wypad przed główną scenę Rock For People, by przyjrzeć się fenomenowi (w czeskich warunkach) The Subways. Przez trzy utwory próbowałem go zrozumieć i musiałem się poddać. Oh Yeah, Young For Eternity – dziękuję za taką „przebojowość”. Kurs scenicznej charyzmy i humoru – wskazany. Następny w kolejce, kolejny młodziak, czyli Barns Courtney z zespołem. Wprawdzie po pierwszym rzucie oka wydawało mi się, że na RFP wystąpi… Courtney Barnett (taka tam „literówka”), ale sam Barns na żywo okazał się trafiony. Ten koncert pokazał, że folk z rock&rollem mogą brzmieć świeżo i staromodnie jednocześnie. I że jest to naprawdę dobre – wystarczy posłuchać na żywo takich numerów jak Glitter & Gold czy Never Let You Down. Sytuując go/ich między Mumford&Sons a Rag’n’Bone Man można sobie wyobrazić, jaki daje to efekt. Warto było.

Jak czeski festiwal, to i czeskie zespoły. Nie żałowałem żadnej minuty z występu kultowych (chyba) u naszych sąsiadów, nu-metalowych Cocotte Minute. Nie dość, że porwali tłum na scenie namiotowej Rock For People niczym Korn, to jeszcze dorzucili do tego choreografię a la Laibach (flagi!). I choć są znacznie bardziej melodyjnie, a z politycznych tekstów i nawoływań wokalisty najlepiej słyszalne były przekleństwa, po reakcji ludzi (w wieku od 20 do 70 chyba lat) wnioskować można było, że głoszą hasła ważne i nośne. Innych Czechów, czyli grających na Main Stage MIG21, pominę, bo ani estetyka nie ta (niby rock, bardziej jednak spod znaku naszych Poparzonych Kawą Trzy), ani wrażenia nienadzwyczajne. Z ciekawostek – wokalistą tego kolektywu jest Jiří Macháček, lepiej znany jako aktor w takich kultowych filmach jak „Samotni” czy „Jedna ręka nie klaszcze”.

Cocotte Minute Rock for people 2019

Jeszcze słabsze wrażenie pozostawił po sobie skład byłego gitarzysty i wokalisty My Chemical Romance, Franka Iero (z zespołem The Future Violents). Tu też oczekiwań nie było żadnych, tyleż pozostało wspomnień. Zupełnie inaczej zapowiadał się występ duetu (na scenie jeszcze z towarzyszeniem perkusisty) Missio. Wpadając na utwór Temple Priest trudno było nie szykować się na odjechaną zabawę, ale z każdym kolejnym utworem (Rad Drugz, Shimmy) ta elektroniczna podróż coraz bardziej raczej męczyła. Jedni Imagine Dragons na rynku już są.

Manic Street Preachers wyszli na scenę opóźnieni o ponad 15 minut. Jak wytłumaczył (klnąc przy tym) Bradfield – przez problemy z odsłuchem (głównie perkusji, a potem też gitar). Techniczni „towarzyszyli” zespołowi na scenie bodaj do piątego utworu, The Everlasting. Lider MSP, który próbował być w tym czasie uprzejmy i np. przywitać się po czesku, musiał reagować na odzywki niecierpliwych („Odpuść mi stary, mam już ponad 50 lat”). Po krótkim przypomnieniu, że w ub. roku minęło 20 lat od wydania „This is my truth…” (podczas trasy MSP grali cały album plus „hity”), na otwarcie poszło zawsze doskonałe Motorcycle Emptiness. Po 80 minutach okazało się, że festiwalowa setlista była oczywiście inna, ale z niespodziankami – m.in. zagranym akustycznie Ocean Spray oraz Little Baby Nothing i Everything Must Go. Wśród 16 utworów dominowały te z lat 90., na czele z przebojami (La Tristesse Durrera i A Design For Life). A zostawili nas z hymnem, czyli If You Tolerate This Your Children Will Be Next. Nawet trudno powiedzieć, czy po takim secie odczuwa się niedosyt. OK, przyznaję – zawsze.

Ostatnie dwa koncerty tego wieczoru na Rock For People. Najpierw post rockowi Irlandczycy z God Is An Astronaut, którzy wprawdzie nie zebrali pod namiotem dużej grupy słuchaczy, ale z pewnością na taką zasłużyli. Krautrockowe kompozycje (usłyszeliśmy m.in. Forever Lost), zgrabnie podbudowywane klawiszami i fantastyczną grą świateł, sytuują ich muzykę, ale i sam koncert, między Mogwai a This Will Destroy You. Fajnie było się poddać tej atmosferze i dobywającym ze sceny dźwiękom, tworzącym ścianę, która tak samo lekko przechodziła w bardziej rytmiczne sekwencje, jak też uderzała w nutę melancholijnego, ilustracyjnego rocka. Prawdziwy muzyczny spektakl na zakończenie festiwalowego dnia. No, prawie na zakończenie, bo przecież został jeszcze headliner, czyli Franz Ferdinand. Franz, których lubiłem za pierwsze dwie płyty, i których miałem okazję widzieć już niejednokrotnie (ale dawno). Tym razem tylko we fragmencie, ale z wyboru, bo po pierwszych utworach (No You Girls, Do You Want To, Evil Eye czy Walk Away) było pewne, że FF przez ostatnie lata nie rozwinęli się artystycznie ani o centymetr. Może nawet przeciwnie. Bez żalu odwróciłem się do sceny plecami i z poczuciem dobrze zakończonego – na God Is An Astronaut – festiwalowego dnia zamknąłem tegoroczny Rock For People. Ahoj!