Czesi mają szczęście. Tuxedomoon zagrali już u nich koncert promujący „Cabin In The Sky”. A teraz wrócili, by – zgodnie z zapowiedziami – pograć trochę z wydanej pół roku temu ścieżki dźwiękowej do obrazu „Bardo Hotel”. Tyle z zapowiedzi.

Prolog

Nie widziałem ubiegłorocznego występu w Palac Akropolis, ale z pokoncertowych relacji Czechów słyszałem, że tegoroczny koncert różnił się przede wszystkim klimatem, budowanym za pomocą projekcji video Kakanakisa (nieformalnie piątego członka składu). Nie bez wpływu na przedkoncertowy nastrój pozostały także zapowiedzi trasy promującej ów soundtrack właśnie, choć nie po raz pierwszy w takich przypadkach na zapowiedziach (na szczęście) stanęło. Tegoroczna, kilkunastokoncertowa mini trasa Tuxedomoon (źródła podają 13 – 15 występów) objęła swym zasięgiem niedaleką Pragę. Wciąż tak samo urokliwą, w przyjaźniejszym, także jak widać muzycznie, kraju.

Koncert (czyli czego się należało, a czego nie, spodziewać)

Filmowa introdukcja, z niepokojąco rozkręcającym się Effervescing in the Nether Sphere. Po powitalnych oklaskach nagły przeskok do „Cabin…”, do dynamicznego Luther Blisset, który osadza grupę w elektro avant popie XXI wieku, ze skrzeczącą urywanymi dźwiękami trąbką Van Lieshouta. „zoom zoom zoom, womb womb womb, tomb tomb tomb”. Preludium do tego, co grupa przygotowała na resztę wieczoru i powiew rozwiewający wątpliwości tych, którzy nastawili się na projekcję live-audio-video. Przy pierwszym uderzeniu basu w intonowanym właśnie A Home Away omal nie znokautowałem łokciem stojącego obok Czecha. Spontanicznie podniosłe ku górze ręce same śpiewały „Let’s just say this is the way!” Nie spokojniej było przy instrumentalnym Annuncialto, w użyciu z aktywnym, choć zacinającym się fuzem i skrzypcowymi improwizacjami Reiningera, oraz podczas powtarzania „something bitter, or better, something bittersweat”, w pop-owym Baron Brown. Tyle z „Cabin”.

Bardo Hotel gościnnie odwiedziliśmy (wyczuwam tu jako główny powód brak odpowiedniego tła w postaci ruchomych obrazów Kakanakisa) jeszcze tylko raz. Gdzieś w połowie koncertu Reininger zapowiedział długi, hipnotyzujący i oniryczny Triptych, jeden z najmocniejszych punktów tak płyty, jak i praskiego występu. Proszę wyobrazić sobie patrzącego przed siebie, statycznego Principle’a, wybijającego przez ponad 6 minut monotonnie basowy podkład w Tryptyku. A obok istny pokaz multiinstrumentalnych zdolności Browna i Reiningera. Zresztą, ten pierwszy przez cały wieczór płynnie korzystał zamiennie z keyboardu, klarnetu, saksofonu. Oraz mikrofonu. Także Van Lieshout zamieniał trąbki na harmonijkę ustną, a Reininger balansował przed mikrofonem ze skrzypcami, gitarą elektryczną lub grając na podręcznych klawiszach.

Wracając do koncertu – spora jego część okazała się synkretyczną podróżą w czasie: This Beast (z „Short Stories”), znacząco różniące się od wersji albumowej, ostrzejsze, na wszystkich głośno podkręconych strunach, jakby pod koniec zainstalowano muzykom świeży rozrusznik głosowy. Genialne Dark Companion (z „Half Mute”), a na samo zakończenie klasyk – Some Guys (wreszcie coś z „Holy Wars”). Jeszcze przedtem one-man-show Reiningera, czyli greckie dźwięki w Muchos Dolores, oraz dwa nowe kawałki. Proszę wybaczyć, że nie zarejestrowałem w pamięci tytułów, a jedyne, co mocniej wbiło się po nich, to bardziej zaakcentowana gitara, rockowy (!) pazur. Po wersji „live” mam nadzieję, że całość zaimprowizowana została w ten sposób wyłącznie z potrzeby przeprowadzenia kolejnego dźwiękowego eksperymentu. Choć w niczym nie zepsuło to zjawiskowego charakteru całego koncertu.

Po Some Guys nastąpił koniec. Wcześniej, po mniej więcej 70 minutach, długa, zbyt długa „przerwa na żądanie”. Wymuszenie permanentnych braw („należały się nam”), w które wkomponowane były donośne krzyki publiki. Jej siła starczyła teraz – bez megalomanii – za dwa tysiące gardeł. Szczere ukłony i podziękowania muzyków, zaskoczonych tak owacyjną reakcją, tylko w tym utwierdziły. W sumie uzbierało się około 90 minut muzyki, złożonych z ledwie 12 numerów. Ledwie? Nawet nie próbuję już wyrzucać z głowy natarczywego „zoom zoom zoom, womb womb womb, tomb tomb tomb”. I will make time!

Epilog

Tuxedomoon to jeden z niewielu zespołów, który – choć z prawie 17-letnią dziurą w życiorysie – suchą stopą przeszedł od lat 70. do dziś, grając muzykę trudno klasyfikowaną, najczęściej (i najprościej) mierzoną miarą synth-jazz-popowej awangardy. Wydany w 2004 roku Cabin In The Sky, pierwszy od -nastu lat w pełnym składzie (obok solowych projektów członków grupy) krążek dla wytwórni CramBoy, potwierdził nieśmiertelną klasę grupy. Przy okazji premiery pojawiło się wprawdzie określenie „pierwszego popowego albumu kwartetu”, ale Tuxedomoon tworzą wciąż według własnej, a nie rynkowej, receptury. Cóż, dalibóg więcej takiego popu na świecie, jaki wychodzi spod ręki kwartetu Brown, Reininger, Principle I Van Lieshout.