tindersticks muzobar

Prolog

Powinno być tak: w 2010 roku w warszawskiej Królikarni odbył się Piknik Kulturalny Gazety (precyzyjnie: Co Jest Grane), który muzycznie uświetnili m.in. Aga Zaryan, The Car Is On Fire, Ty i The Go! Team… I tak było, przynajmniej przez jakiś czas na stornie internetowej organizatora. Problem w tym, że już występ rapera Ty odbył się z burzą w tle, a The Go! Team na scenie się nie pojawili. Bo choć jasne było tylko rozświetlane błyskawicami niebo, dla redakcji z portalu organizatora już po godz. 20 jasne było co innego: że o godz. 21 koncert się rozpoczął. Prawda czas, prawda internetu. Ot, ktoś wrzucił sprawozdanie z wydarzenia, które się nie odbyło. W epoce fake newsów takie przypadki już może nie dziwią, ale wtedy był to jeden z sygnałów, że „dziennikarstwo kulturalne” ma poważny problem z jakością i wiarygodnością. Tekst na stronie został podmieniony, kto nie zdążył – nie zauważył. The Go! Team przyjechali zresztą rok później, tekst można więc było tylko wyjąć z szuflady. A ja tamtego wieczoru wyobrażałem sobie, jak barwny i nieprzewidywalny mógł to być koncert.

gw
Taki screen pozostał, z małym zaznaczeniem

Midnight Summer Fake

Drugi raz wyobrażałem sobie The Stranglers grających „Midnight Summer Dream” podczas Life Festival w 2018 roku w Oświęcimiu. Wtedy już jednak uśmiechnąłem się pod nosem, bo Stranglersi zagrali wiele, ale MSD z pewnością (niestety) nie. Byłem i sprawdziłem. Widząc jednak, jak wiele stron powieliło ten sam fałsz, wklejając w swoich niby-relacjach usmażony zawczasu gotowiec, odetchnąłem: uff, na tym poziomie w kulturze sieciowej bez zmian.

Obie sytuacje nie są jakoś szczególnie nadzwyczajne, ale przypomniałem sobie o nich właśnie dzisiaj, w dobie powszechnych muzycznych kancelacji (żeby ładnie zajechało wymyśloną naprędce nowomową). Bo niespodziewanie w 2020 roku zostaliśmy postawieni sam na sam z wyobraźnią, pozbawieni koncertów, acz zdani na inne, przeróżne formy artystycznych aktów, które mają nas przyciągnąć do sieci i zwrócić uwagę na ludzi kultury (#Hot16challenge), ich nowe pomysły (koncerty w domach), być może produkcje płytowe.

Lista przebojów odwołanych koncertów

Lista odwołanych w tym roku koncertów i festiwali jest długa, i nie ma potrzeby jej wymieniać i aktualizować. W zanadrzu trzymam kilka biletów, które stanowią swoisty muzyczny depozyt. W innej rzeczywistości uznałbym, że to lokata z perspektywą na zysk, w tej – przesunięciu podlega (oby!) tylko wachlarz spodziewanych wrażeń i emocji. W końcu w bliżej nieokreślonym czasie (niektórzy artyści wyznaczyli wprawdzie przyszłoroczne daty…) coś z nich musi się ziścić. Tak więc, po odwołaniu kolejnego koncertu wyobraziłem sobie, jak mógłby on wyglądać. A w zasadzie – jak chciałbym, żeby wyglądał. Padło na najnowszy odwołany: Tindersticks. W tym roku wydali świetny „No Treasure But Hope”, a że zawsze staram się sprawdzać formę Staplesa i spółki na żywo – tym razem musiałem wybrać się poza Polskę.

Tindersticks, De Doelen, Rotterdam

Klub De Doelen. Kilka minut po godzinie 20. wychodzą – jak zwykle – nieśpiesznie, nienachalnie eleganccy, skromnie machając do owacyjnie oklaskującej ich widowni. Jako ostatni na scenie pojawia się Stuart Staples – od początku istnienia, a w zasadzie jeszcze od Asphalt Ribbons, prowadzący grupę twardą ręką. W Rotterdamie nie zaczynają od nowego krążka, lecz od „Running Wild”, z Waiting For The Room (ostatniego krążka nagranego z Dickonem Hinchliffem). Tym razem nie będzie więc odgrywania niemal w całości nowego albumu, uzupełnionego na koniec wybranymi utworami z pozostałych krążków. Po „The Amputees” (to z No Treasure…), usłyszymy „Second Chance Man” i „How He Entered” (The Waiting Room), oraz „Medicine” (The Something Rain). Z innych płyt będzie jeszcze „Her” (z pierwszego albumu) i cudowne, nawet bez partii skrzypiec, „Another Night In” (Curtains). Poza nimi? Willow (jednak z zaskoczenia) i ich wersja piosenki „Black Night” Boba Linda. Z promowanego albumu zabraknie tylko utworu tytułowego, a tym, co zostanie w głowie „po”, będzie bez wątpienia pulsujące „See My Girls” czy piękne, choć na żywo zagrane jakby wolniej „Pinky In The Daylight”. Wystukujący nogą rytmy Staples i pozostała piątka muzyków, którzy bez zbędnej wirtuozerii wygrywają kolejne partie, skutecznie hipnotyzują publikę. Za każdym razem.

Epilog

Tak by to pewnie wyglądało, i może będzie jeszcze wyglądać. W końcu „Jeszcze będzie przepięknie”, a przede wszystkim normalnie. I tak sobie myślę, że w dobie rozmyślnych czelendżów w internetach, taki na spreparowanie i puszczenie w obieg relacji z odwołanego koncertu, na którym miało się być (i który nie byłby wyimaginowanym koncertem życzeń), mógłby okazać się ciekawą formą zabawy. Byle nie w dziennikarza.