wolfgang muzobar

Część 4: Podróże z hełmem

Skąd pomysł na kręcenie scen w hełmie?

To było istne szaleństwo. Pomysł zrodził się przed moim koncertem w małym klubie, w Walencji. Nie miałem wtedy oryginalnego hełmu, poszedłem więc do Opera House w Düsseldorfie, do działu kostiumów, i zapytałem: macie hełm cesarza Wilhelma? „Oczywiście, że mamy, ale wie Pan, to jest bardzo dobrze zachowany eksponat. Bardzo kosztowny. Musiałby go Pan ubezpieczyć”. Żeby go wypożyczyć, zapłaciłem im więc 100 euro depozytu i wykupiłem bardzo drogie ubezpieczenie. Dostałem nawet specjalną walizkę i mogłem pojechać do Walencji. Obłęd! Moja żona powiedziała, że to był mój pomysł, ale teraz muszę mieć własne nakrycie głowy (hełm – db), by móc je w każdej chwili użyć, ponieważ będzie to genialne zakończenie każdego show. „Pokaże dokładnie to, co robisz, czyli żartujesz z wojska”.

I ruszyłeś z nim w trasę…

Ale nie z tym oryginalnym, nie miałem oryginalnego hełmu! Ten znalazłem w internecie, w firmie sprzedającej rzeczy na karnawał. Na scenie prezentował się całkiem porządnie. Co więcej, mógł się zepsuć, mogłem go spokojnie wrzucić między ubrania, schować w szafce, kiedy jeździłem. Z takim łatwiej się podróżuje.

Waży dużo?

Nie, jest z plastiku, waży jakieś 150 gram.

Próbuję sobie wyobrazić, jakie to uczucie, chodzić w nim po ulicach Nowego Jorku… Ale po kolei, pierwsza na filmach była Bratysława

Podróżując, kręciliśmy z żoną te sceny w każdym interesującym mieście (rejestrowała je żona Wolfganga – db). Zaczęliśmy w ogrodach sąsiadującego z budynkiem ambasady USA hotelu w Bratysławie, gdzie chodziliśmy po balkonie. Następnie pojechaliśmy z przyjaciółmi do Paryża, tam Wieża Eiffle’a, a kolejnego dnia do Brukseli, do Atomium. A dalej do innych miast. Najbardziej szalone było to, że w 2019 roku miałem kilka występów, m.in. na Jazz Festiwal w Montreux czy podczas Grand Prix w Singapurze. Powiedziałem wtedy do mojej żony: muszę popływać w tym „wiecznym basenie” na szczycie trzech wież, w Hotelu Sands, w Marina Bay. Na początku organizatorzy umieścili nas w hotelu Marriott, wiesz, pięciogwiazdkowym, jednak ja powiedziałem: nie, chcę to zmienić. Odpowiedzieli: „ale to kosztuje 1100 euro za noc!”. Wtedy żona powiedziała: „OK, rezerwujcie zatem na dwie noce”. Tylko dlatego, bym mógł popływać w swoim hełmie! Potrzebowałem tego. Wydatek potraktowałem jako koszt produkcji, który zresztą pokryłem z mojej wypłaty, ale warto było. Pomyślałem: jesteśmy tu, są moje urodziny, muszę dostać się na górę. A tam możesz wjechać tylko, gdy jesteś gościem… To był prezent dla mojej żony. Powiedziałem, że pokażę jej, jak wygląda Singapur z góry, z Tower, i że będzie zachwycona. Poszliśmy popływać, wypiliśmy kawę, zjedliśmy cudowny obiad w ich restauracji…

Jak długo nagrywaliście takie sceny?

Tę jedną – dwie minuty. Wszystko to dla ledwie dwóch minut pływania! Nie uwierzysz, jak patrzyli na nas inni goście, którzy znajdowali się wtedy w basenie. Była tam na przykład para z Niemiec, która krzyczała: „O, Cesarz!, Cesarz!” Kiedy byliśmy w wodzie, nadpłynął hełm, i próbowałem do niego dopłynąć, by go założyć, ale on pływał po powierzchni niczym meduza. Bardzo dobrze się tam bawiliśmy.

Powiedz jeszcze, jak było przy bramie Pałacu Buckingham?

Och, to było dopiero zwariowane. Nie masz pojęcia, jak wielu turystów tamtędy przechodzi, i każdy chce mieć zdjęcie na tle tych wyjątkowych drzwi. Byliśmy tam z naszą znajomą z Londynu, bardzo szczupłą kobietą, która przytrzymała ich wówczas mówiąc, że muszą na chwilę odejść, gdyż przyjechała niemiecka telewizja. Moja żona rozstawiła kamerę, powiedziała: „to ja jestem z niemieckiej stacji TV i proszę nam dać jedną minutę”. Jedną minutę z pustą bramą. Wtedy tamtędy przemaszerowałem, i pomyślałem: „rety, ktoś zaraz zadzwoni po policję i wsadzą mnie do więzienia”. Mimo, że byliśmy na zewnątrz, w miejscu publicznym.

Wiesz, turyści uwielbiają patrzeć zza ogrodzenia na Pałac Buckingham. Zresztą, to samo Brytyjczycy

Brytyjczycy mają u siebie wielu zwariowanych turystów, którzy uwielbiają tylko stać i patrzeć. Oni sami są jednak bardziej luźni, otwarci, dla nich to czysta radość.

Część 5: Nie tylko o okładce do "Magazine"

magazine cover
Okładka pierwszej płyty z trylogii "Magazine"

Czy podczas podróży szukasz inspiracji, czy liczysz po prostu na przebłysk, jakąś iskrę?

Raczej inspiracji. Na przykład podczas tej podróży stale pracuję z Peterem nad „Magazine 3”. Bo ideą części trzeciej jest zebranie wszystkich miksów, remiksów i tanecznych wersji z dwóch pierwszych płyt „Magazine”. Według nas taki powinien być ten album, bo mamy świetne remiksy, niektóre utwory przybrały już nawet konkretnych kształtów, i trzymamy też różne wersje na płytę. Peter mówi też, że może zrobić więcej nowej muzyki na „Magazine 4”. „Magazine” będzie wychodzić w regularnych odstępach, i póki co nie ma potrzeby zakłócania tego. Jedyne, co nas „ogranicza”, to nasze pomysły i nasz wiek (uśmiech). Na razie w planach są tylko 3 części, a potem zobaczymy, czy będzie więcej.

Ładnie powiedziane: „tylko trzy”

Daj nam trochę czasu, ok? Zobaczymy za dwa lata, jaka będzie całość. Luty-marzec – pierwszy album, jesień – drugi, w kolejną wiosnę – trzeci, jeśli wytwórnia ostatecznie klepnie wszystko to, co zostało uzgodnione. A wygląda to bardzo obiecująco.

Pozostaje czekać na fizyczne wersje, skoro już o tym mówiłeś…

Wszystko jest gotowe – pakiety, okładki, booklety, dodatki. I obie wersje (cd i winyl).

Jako całość, szykuje się mocne wydawnictwo.

Mogę Ci pokazać projekt okładki. [tu z pomocą, tj. telefonem, przychodzi Marcus, który przez całą rozmowę siedzi tuż obok]. Przyjrzyj się bliżej, na okładce jest budynek i to jest sceneria Düsseldorfu. Właśnie takie zdjęcie chciałem mieć. To zrobił Marcus, który jest jednym z najlepszych fotografów w Düsseldorfie, i który wydał album ze zdjęciami tego miasta. To zdjęcie pochodzi właśnie z niego. Jest na nim stary budynek, i nowy budynek. Najdziwniejsze jest, że stary budynek jest młodszy niż wysoki, nowy, metalowy drapacz chmur. Widzisz, że proces rozpadu tego starego się zakończył, zero, już nie istnieje. Ale w tym czasie istniał, był przygotowywany pod nowy budynek, który dziś jest już ukończony. Tak było kilka lat temu. Znalazłem to zdjęcie, na szczęście dla Marcusa, i poprosiłem go, czy mogę je wykorzystać jako okładkę płyty? Dla mnie stanowi ono symbol współpracy, dwie różne postaci, charaktery, które – jeśli się na nie spojrzy – wnoszą coś nowego. Jest między nimi pewne napięcie, co, kiedy je tylko zobaczyłem, od razu mi się spodobało. To jest coś z Düsseldorfu. Stamtąd, gdzie spotyka się „stare” i „nowe”, pochodzi brzmienie tego miasta. Po wojnie zawsze tak było. Düsseldorf został prawie doszczętnie zniszczony, rozebrany i zbudowany zupełnie od nowa. Dlatego to teraz takie nowoczesne miasto. Paradoksalnie, wojna pozwoliła nam, i architektom oczywiście, na stworzenie czegoś nowego. Ten dawny budynek należał do stalowni, drugi, późniejszy, to były już typowe sklepy odzieżowe.

magazine muzobar flur

Kiedy o tym mówisz, można odnieść złudne wrażenie, co tu jest nowe, a co stare

Nie tylko, to raczej pokazanie dwóch zupełnie odmiennych wzorów, projektów. Potrzebuję muzyków o kompletnie różnych charakterach, ale liczy się to, że mogę z nimi wspólnie tworzyć i osiągnąć dobry efekt. Kompletnie różne style muzyczne, np. techno z Detroit, od Juana Atkinsa. Uwielbiam niektóre jego brzmienia. Poprosiłem go kiedyś o specjalną linię basu z jego starego utworu, Track 10, sprzed pięciu czy sześciu lat. Kiedy spotkałem go w Londynie, zapytałem, czy mogę wziąć bas z tej piosenki i zrobić z nim coś zupełnie innego, nowego. Wystraszył się nie na żarty i zapytał: „naprawdę potrzebujesz takich starych rzeczy”? Powiedziałem: tak, ale tylko tego fragmentu, chcę mieć oryginalne brzmienie. To było nawet aroganckie, bo chciałem dodać go do utworu o angielskich „posh girls” – mam taką piosenkę zatytułowaną Posh, trzymam ją na „Magazine 2”. Powiedział, że jak wróci do Detroit to poszuka. Atkins jest wyjątkowo powolny –  kiedy mówi, chodzi, a kiedy pracuje jest jeszcze powolniejszy. Potrzebował miesiąca na odpowiedź. I zadzwonił: wiesz Wolfgang, mam złe wieści. Nie pamiętam, czy zarejestrowaliśmy wtedy ten utwór na DAT-cie, nie wiem, czy nadal mam tę 8-ścieżkową taśmę. Nie wiem nawet, czy sprzęt nadal działa, ale sprawdzę. Kilka tygodni później, bez zbędnego pośpiechu, mówi mi, że jednak nie działa. „Przepraszam Wolfgang, przykro mi, ale mogę zaproponować, że nagram dla Ciebie coś świeżego. Dobrze, dlaczego nie, prześlij mi. „Naprawdę?”. Co za pytanie, czekałem 6 miesięcy! Jeśli grasz coś nowego, może wystarczą jakieś zbliżone do oryginału wariacje? I po miesiącu przesłał mi trzy absolutnie doskonałe linie basowe, w tym tę oryginalną, którą chciałem.

I wykorzystałeś ją?

Nagraliśmy piosenkę o tych aroganckich dziewczynach, „posh girls”, które wiedzą, jak korzystać z karty kredytowej swoich ojców, dzięki czemu mogą kupić wszystko bez najmniejszego wysiłku. W niektórych miejscach zrobiliśmy z tego nawet takie małe słuchowisko radiowe, w którym dziewczyny mówią, jak to widzą. Nie lubią jej, jest ich przeciwieństwem, taką „lansiarą”. Krzywią się na jej widok mówiąc: „Oto ona”. A ona rozumie tylko, że to dlatego, że wymiguje się od pracy. Tak to oceniliśmy. Zabawne było, że nagraliśmy to wszystko z naszymi żonami. Tego popołudnia, kiedy to pisaliśmy, radio grało inny nasz utwór – Planet in Fever, kolejny, który zrobiłem z U96. Mówię w nim o tym, jak nasz przegrzany świat się wali [Wolfgang cytuje w tym miejscu fragmenty utworu]. Próbowałem w nim mówić głosem radiowca, takim, który słyszysz podczas przedstawiania wiadomości. To jest coś naprawdę nowego, co mogę ta płytą zaoferować, zakomunikować.

Czekamy zatem na to nowe…

… ja też. I mam nadzieję, że Brytyjczycy zrozumieją ten humor, ale myślę, że się uda, to musi się udać, bo moim zdaniem żaden brytyjski zespół czy muzyk nie potrafią zrobić takiego albumu.

Uda się, choć Brytyjczycy mają jednak osobliwe poczucie humoru

Część 6: Proces nieautomatycznego tworzenia

Lubisz poszukiwać, Twoje utwory często diametralnie różnią się od siebie – do jednego dodajesz więcej melodii, wokali, za chwilę nagrywasz coś bardziej technicznego, odhumanizowanego. Czy to część procesu poszukiwania najlepszego brzmienia, najlepszej muzyki do wyrażenia siebie?

Oczywiście, jest bardzo wiele technik, bardzo trudnych do opanowania, takich jak brzmienia industrialna, z którym możesz się zaznajomić. Wychwytuję takie dźwięki, w czym – jak sądzę – przejąłem trochę rolę Floriana. W międzyczasie szukam piosenek, nagrywam nowe, oryginalne utwory moim telefonem i oczywiście robię wiele zwariowanych rzeczy na syntezatorze. Następnie przeplatam je albo rozdzielam na poszczególne części. Zawsze muszę zrobić coś nadzwyczajnego, rzeczy, które są niezwykłe i nowe dla ludzi. Zastanawiam się, jak to zrobić? Jak moglibyśmy umieścić je w następnej części, przenieść do pierwszej, a następnie z powrotem do trzeciego poziomu, czasami. Jestem zwolennikiem takich trzecich części w utworach; nie tylko pierwszej, nie tylko refrenu. To ciągłe wracanie jest zbyt nudne. Zawsze musi być minimum trzeci poziom, w którym utwór naprawdę odpływa, zmienia się w coś innego. Peter pyta mnie zawsze: „I co, Wolfgang, trzeci poziom? Mam, pomysł, mam pomysł, przyjeżdżaj”. On się do tego nie przyzna, ale też to uwielbia. A kiedy mu to przedstawiam, on zwykle dodaje: „Mam dodatkowy pomysł, Wolfgang.” Dzieje się tak zawsze, kiedy prowadzimy wideorozmowy.

Masz plan, by na następnym albumie porzucić projekt Musik Soldat, czy ten album stanie się jego częścią?

Musik Soldat pozostaje tylko projektem do grania na żywo, z którym jeżdżę, a muzyka na płycie to po prostu pop. Kiedy album się ukaże, usłyszysz, że część tych utworów była już grana na żywo, ale w kompletnie innych, tanecznych wersjach. Może je rozpoznasz – nie od razu, ale rozpoznasz. Musik Soldat nie miałby co robić na albumie. Dlatego nie pojawia się na nim ani jako utwór, ani tytuł. Być może „Magazine” to ostatnia rzecz, jaką robię, nie wiem. Mam 74 lata, może kolejny album zrobię w wieku 80 lat? Tak długo, jak będę zdrowy, mam nadzieję, nie przestanę tworzyć muzyki.

A ja myślę, że tak długo, jak będziesz czuł beat, muzykę

Późno zacząłem ją tworzyć, ale czuję, że jestem teraz w najbardziej kreatywnym punkcie mojego życia. I mam z tego największą frajdę.

Co daje Ci większą frajdę – tworzenie muzyki, czy jej granie?

Te wszystkie kolaboracje z fajnymi ludźmi. Na przykład z Marcusem, który tworzy obrazy do mojej muzyki, ma wiele fantastycznych pomysłów i na każdym kroku pomaga być widocznym. Mój brytyjski partner, Peter Duggal, w swoim małym gnieździe niedaleko Leeds, Hebden Bridge, także ma w tym  niemały udział. Hebden Bridge jest malutkie, mieszka tam kilka tysięcy osób, ale mają najprzyjemniejsze kluby, w których grała większość najsłynniejszych zespołów brytyjskich. Taki Trades Club, w którym grałem dwa razy, to miejsce, w którym poznaliśmy się z Peterem. A ponieważ razem ze swoją żoną zachęcił mnie do współpracy z władzami Hebden Bridge, każdego roku pojawiam się u nich w ramach Arts Festival. W ten sposób zaczęliśmy wspólnie robić muzykę, ale też dlatego, że się bardzo, ale to bardzo zaprzyjaźniliśmy. Uwielbiam jego genialny angielski; mówi jak Tony Blair, nie tym oxfordzkim angielskim czy np. dialektem… W każdym razie – Peter jest pełen muzyki i pasujemy do siebie jak bracia, ze wszystkimi naszymi pomysłami. I tak długo, jak to wszystko mam, tę miłość do tworzenia muzyki, chciałbym ją robić.

Spróbuj jednak powiedzieć, co jest dla Ciebie najważniejsze: robienie muzyki, współpraca z innymi artystami, a może po prostu dzielenie się tym z publicznością?

Och, wszystko! Proces tworzenia muzyki, sposób jej powstawania, jest lepszy. Przynajmniej lepszy niż sam album, i to bez względu na to, na jak wielu polach jest on udany. To nie jest dla mnie ważne. Mam widoczny rezultat, i wtedy wpadam w bezkresną dziurę. Nie ma już niczego do zrobienia, wszystko minęło. Uwielbiam sposoby tworzenia w domu, kiedy wpadam nagle na jakieś pomysły i się w nich zatracam. W ostatnich latach sam się nad tym zastanawiałem: Wolfgang, co się z tobą stało? Pogubiliśmy się 20, czy 30 lat temu. Przez cały czas to we mnie siedziało i odkryłem, teraz to wiem, że musiało się tak stać, w końcu musiałem odejść z Kraftwerk. Ktoś mnie do tego wszystkiego pchnął, ponieważ mogło nie być już więcej okazji. [Kraftwerk] Niczego więcej nie odkrywali i nie było tam już miejsca dla perkusisty. Jak to się dobrze dla mnie złożyło. Nabrałem potrzebnego dystansu: 10 lat bez muzyki, projektowanie mebli, i ta wojna, w czasach której napisałem pierwszą melodię.

Kończysz pracę nad utworem, nagrywasz płytę, i widzisz już tę wielką pustkę, nie ma niczego więcej. Co wtedy?

Czuję się samotny, zmęczony. W tym czasie robię więcej rzeczy z żoną, zabieram ją w ładne podróże, i na jakiś czas nie robię niczego, co jest związane z muzyką.

Dziękuję Ci za rozmowę.

muzobar fame